Paczula i jej cudownie zła reputacja
Magia sprzeczności

Zmysłowy, duszny, uwodzicielski, odpychający… O zapachu paczuli można powiedzieć prawie wszystko. Poza jednym że jest nijaki. Niektórych zachwyca gęstą, egzotyczną nutą, innym kojarzy się z wonią zatęchłej piwnicy. Są tacy, którzy noszą go niczym drugą skórę, inni w towarzystwie pachnącej nim osoby dyskretnie się odsuwają. To zapach, który nikogo nie pozostawia obojętnym. 

W kropli paczuli odnajdziemy kalejdoskop wrażeń od aromatu tropikalnych ogrodów, przez zapach wilgotnej ziemi, drzewną woń dymu i cięższą, jakby oleistą kamfory, aż po drażniącą nutę pleśni potężne semantyczne wyzwanie dla entuzjastów. Słowna gimnastyka, jaką podejmują, by poezją epitetów zastąpić pleśniowe skojarzenia, przynosi imponujące rezultaty. Co z tego, skoro zawsze znajdzie się ktoś, kto zapyta: “A cóż tu tak pachnie stęchlizną?”.

Jednak skwitowanie charakteru paczuli w ten sposób byłoby krzywdzące. Bo to zapach, który jak żaden inny niesie ze sobą bogactwo skojarzeń, nie tylko zmysłowych to także konotacje społeczne i kulturowe. Na przestrzeni wieków reputacja paczulowych perfum raz wynosiła je na salony, innym razem strącała do rynsztoka. Nie jest to więc wizerunek jednoznaczny. Ale może właśnie dlatego zapach do dziś zachował żywotność, wciąż wydaje się nieoczywisty i intrygujący. Na rynku perfumeryjnym takie walory to potęga.

Czas podbojów

Zaczynało się skromnie krzew o postrzępionych liściach, w Azji znany od wieków jako źródło olejku eterycznego o właściwościach leczniczych i kosmetycznych, do Europy trafił w drugiej połowie XIX wieku w roli środka na mole. Indie były wówczas niewyczerpanym źródłem kaszmirów i jedwabi, które bez antymolowego zabezpieczenia nie przetrwałyby długich tygodni podróży. Kupcy z butików w pobliżu paryskiej Opery, do których trafiały importowane tkaniny, szybko zauważyli, że niektóre szale sprzedają się lepiej niż inne. Wykazywały przy tym tajemną moc kobiety przymierzały je z wyraźną rozkoszą, a ze sklepu wychodziły owinięte materią, nie umiejąc się z nią rozstać. Okazało się, że za wynikami sprzedaży stał nie tyle wygląd szala, ale jego… zapach! Możemy przyjąć, iż był to początek marketingu olfaktorycznego, a niuanse powonienia, wcześniej ignorowane, po raz pierwszy objawiły się handlowcom jako temat godny rozważań.

Nastał czas awansu społecznego paczuli odurzający ciężki aromat zachwycił nie tylko burżuazję. Używały go także koronowane głowy, choćby żona Napoleona III, cesarzowa Eugenia. Przy okazji twórcy perfum odkryli nieznane wcześniej właściwości paczuli zdolność do nadawania świeżości, a także do utrwalania aromatów. Dzięki temu olejek stał się i pozostaje do dziś składnikiem bazowym wielu kompozycji, nawet tych, które w odbiorze zmysłowym nie mają z nim wiele wspólnego.

Dekadencja i upadek

Moda na zapach bywa jednak chimeryczna i równie ulotna, jak sama woń po pewnym czasie paczula w wyższych sferach po prostu się przejadła. Narzekano, że jest ciężka i natrętna, że wywołuje migreny, odbiera kobietom klasę i aurę niewinności, że pachnie “brudno” lub po prostu śmierdzi. U schyłku XIX wieku zapach niedawno hołubiony przez elity kojarzy się już wyłącznie z dekadencją i rozkładem. Mętny zmysłowy aromat niejako naturalnie wplata się w bukiet baudelaire’owskich Kwiatów zła i zlewa z mgłą haszyszu i opium, otulającą w tamtym czasie poetów wyklętych i ich wielbicielki. Stąd już tylko krok, i to krótki, do półświatka. Kurtyzany z entuzjazmem adoptują pachnidło, ceniąc jego zmysłowość, ostentacyjną wyrazistość i praktyczną trwałość. Paczula, ochrzczona przez fin de siècle zapachem miłości, a nawet wonią sypialni i seksu, na długie dziesięciolecia znika z luksusowej perfumerii. 

Na początku XX wieku powraca, głównie jako komponent wód toaletowych dla panów. W czasach, gdy kobiety w większości krajów walczą bez powodzenia o prawa wyborcze, ciężka dymna nuta identyfikowana jest jako zdecydowanie męska. Taka, która opowiada o podróżach i podbojach, “szorstkim” charakterem podkreśla siłę, a najlepiej komponuje się z zapachem dymu z cygara. 

CARLO MOLLINO - L’occhio magico di Carlo Mollino. Fotografie 1934-1973

Lato miłości

Na zauroczenie paczula musiała wprawdzie poczekać niemal pół wieku, ale gdy już nadeszło, okazało się totalne. Szczyt popularności przypadł na połowę lat 60. XX wieku czas hippisowskiej rewolucji obyczajowej i wielkich przemian społecznych. To wtedy, najpierw w Stanach Zjednoczonych, a w ślad za nimi w Europie, dla zmysłowego zapachu pojawiły się najbardziej sprzyjające okoliczności. Pokolenie Flower Power ze swobodą mieszało w tyglu stereotypów, zacierając granice płci, wyszydzając przesądy i żonglując symboliką schematów. Chłopak wreszcie mógł odrzucić karabin, zapuścić włosy i wpleść w nie kwiaty, dziewczyna mogła zachowywać się i nosić “po męsku”. I tak też mogła pachnieć.

Mocny impuls dała temu zjawisku hippisowska fascynacja wschodem młodzi ludzie wracali z pielgrzymek do Indii i Nepalu z plecakami wypchanymi liśćmi paczuli i marihuany, licząc, że intensywny aromat tych pierwszych zamaskuje zapach tych drugich. Ale z perspektywy Dzieci Kwiatów aromat miał też inne zalety idealnie wpisywał się w klimat protestu i kontestacji. Wyzwolone dziewczyny nie chciały już żyć, wyglądać ani pachnieć jak ich matki poprawne panie domu, uzbrojone w miksery i trwałą ondulację, roztaczające wokół siebie pospolite konwaliowe i fiołkowe perfumy. Paczula symbolizująca zakorzenioną głęboko w Oriencie duchowość i powrót do natury, czyli wątki wpisane w filozofię New Age okazała się tu doskonałym argumentem. 

Przemysł, jak to przemysł, przeorientował się błyskawicznie paczula z podejrzanej substancji, kojarzonej z czymś tanim i tandetnym, przeistoczyła się w ekskluzywny przebój. W latach 70. najbardziej szanowani producenci perfum stanęli do wyścigu na kompozycje z dominującą paczulową nutą. Rynek podbiły kolejno: wykwintne, artystowskie Patchouli marki Réminiscence, bogaty, aromatyczny Aromatics Elixir Clinique i wreszcie niezapomniane, wybuchowe Opium Yvesa Saint Laurenta.

Zapach podziemia

Zapóźniona w trendach zapachowych, jak we wszystkim innym, Polska nie znała paczuli aż do przełomu lat 70. i 80., gdy karnawał Solidarności rozluźnił granice i rozsznurował nieco gorset reżimu. I choć od Lata Miłości minęła ponad dekada, zapach także u nas stał się symbolem niezależności. Był inny, niepodobny do niczego, czym pachnieliśmy wcześniej, dlatego doskonale sprawdzał się jako znak rozpoznawczy alternatywnych artystów, działaczy podziemia i ich licznych sympatyków. W kraju izolowanym przez stan wojenny perfumowa kontrabanda działała niezwykle wydajnie, paczuli pachnieli wtedy niemal wszyscy. Niejedno spotkanie, na którym oglądano zakazane filmy i wymieniano się książkami drugiego obiegu, spowijał gęsty i słodki, drzewno-kamforowy opar, z którym konkurowała jedynie chmura papierosowego dymu.

Chwiejna stabilizacja

Dziś, gdy minął okres przedawkowania, paczula osiągnęła stan równowagi. Nie znaczy to, że przestała budzić kontrowersje. Nie jest już wprawdzie stygmatem buntu ani rozwiązłości, ale od czasu do czasu ambiwalentna natura i burzliwa przeszłość psuje jej opinię. Gdy Carrie Bradshaw, bohaterka kultowego serialu Seks w wielkim mieście, trafia na przyjęcie niestosownie ubrana, oświadcza: „Nagle poczułam się, jakbym miała na sobie paczulę w pokoju pełnym Chanel”. Carrie, uchodząca za ikonę stylu, tym razem jednak popełnia ogromny błąd paczula w XXI wieku broni się właśnie tymi cechami, które kiedyś przysparzały jej złej sławy. Cieszy się uznaniem najwytrawniejszych, najbardziej wymagających nosów. I nadal pozostaje składnikiem wielu perfumeryjnych bestsellerów. 

 

Autor: Galilu

PODZIEL SIĘ