Nie musisz wybierać między ochroną a przyjemnością. Odkryj naszą kolekcję produktów z SPF...

Jedna próbka w prezencie do zamówień do 300 zł, trzy próbki powyżej tej kwoty*

Darmowa dostawa od 500 zł

Galilu
Koszyk
Świadoma, znaczy wolna

Galilu Talks

Świadoma, znaczy wolna

O przemyślanych wyborach, greenwashingu i sile zapachu – rozmowa z Dominiką Chirek, znaną jako Naturalnie Proste.

Tekst: Marta Rudowicz

Zdjęcia: Dzięki uprzejmości Dominiki Chirek

19 • 12 • 2025

W świecie, w którym naturalność bywa dziś często pustym hasłem, a opakowania kuszą słowami „bio” i „eko”, ona idzie pod prąd. Z wykształcenia prawniczka, z pasji edukatorka kosmetyczna, z wyboru – konsumentka, która czyta składy. Rozmawiamy o tym, jak zaczęła swoją drogę od zmiany przepisów, które miały znaczyć niewiele, a uruchomiły lawinę refleksji i życiową rewolucję. 

Zacznijmy od początku. Skąd u Ciebie zainteresowanie kosmetykami, pielęgnacją i tą całą – jak sama mówisz – „drogą przez INCI”? 

To zaczęło się zupełnie nieplanowanie, od... prawa. Pracowałam jako prawniczka w dużej amerykańskiej korporacji i pisałam opinię dotyczącą zmiany przepisów kosmetycznych. Chodziło o przetłumaczenie słowa ingredients na „składniki” na opakowaniach. To była cała zmiana – ale mnie zaintrygowało, co właściwie kryje się po tym dwukropku. Zaczęłam czytać składy – najpierw z ciekawości, potem z coraz większym niedowierzaniem. Co to są za nazwy? Jak to wpływa na skórę? Internet wtedy raczkował, więc zamawiałam książki z USA, ślęczałam nad łacińsko-chemicznymi nazwami i odkrywałam zupełnie nowy świat. Potem doszła moja własna skóra – wrażliwa, trądzikowa, przesuszona, kompletnie niezadowolona z produktów, które miały działać. Wtedy dowiedziałam się, że nie istnieje żadna prawna definicja „dermokosmetyku”. Że krem apteczny i krem z perfumerii podlegają tym samym regulacjom. I zaczęłam rozumieć, jak bardzo opakowania potrafią manipulować zaufaniem konsumenta. 

Zaczęłaś też obserwować, że pewne składniki znikały z rynku. 

Tak. I to mnie utwierdziło, że warto mieć własny filtr, zanim coś trafi na naszą skórę. Przykład? Metyloizotiazolinon. Przez lata wszechobecny konserwant, który w USA zdobył tytuł alergenu roku. Komisja Europejska uznała, że bardziej opłaca się go wycofać, niż leczyć ludzi z powikłań alergicznych. Ale zanim zniknął, był wszędzie – nawet w kosmetykach „hipoalergicznych”. Prawo kosmetyczne to minimum – jeśli coś jest dopuszczone, nie znaczy, że jest dobre dla każdego, ani że nie zaszkodzi. Tylko, że nie wszyscy to wiedzą. 

Co dla Ciebie znaczy „naturalne”?  

To słowo dziś nie znaczy wiele. Stało się marketingowym wytrychem. Dla jednych to ogórek na twarzy, dla innych słoiczek naturalnego kremu, który ktoś ukręcił, bo co nie co wie o kosmetykach. A przecież to nie tak. Dla mnie „naturalne” to produkt oparty na składnikach roślinnych, wolny od substancji ropopochodnych i zbędnych zapachów – ale nie robiony w kuchni. Nie lubię „domowej” pielęgnacji typu żółtko na włosy czy owsianka na twarz. Dla mnie naturalność to profesjonalizm: technolodzy, badania, stabilna receptura. 

Czy mamy prawną definicję kosmetyku naturalnego?  

Nie. I to jest ogromny problem. Bo skoro nie ma definicji, każdy producent może nazwać swój kosmetyk „naturalnym”. Można próbować kierować się certyfikatami – jak Ecocert, COSMOS, NaTrue – ale one są dobrowolne. Brakuje jasnych ram prawnych, które chroniłyby konsumenta. Greenwashing to codzienność. 

Co Cię najbardziej irytuje w greenwashingu?  

To, jak bardzo opakowania potrafią wprowadzać w błąd. Zielony kolor, listek, słowo „bio” na froncie, a z tyłu skład pełen kontrowersyjnych substancji. Krem z jednym ekstraktem roślinnym już nazywa się „eko”. „Hipoalergiczny” może zawierać silny alergen. Tak wygląda rzeczywistość bez regulacji. Dlatego warto czytać składy i nie ufać sloganom. 

Które składniki są dla Ciebie absolutnie nie do przejścia? 

Pierwszy – parabeny, a w szczególności propylparaben. To nie tylko konserwant – to substancja, która według badań może wpływać na płodność kobiet. Drugi – metyloizotiazolinon, czyli MIT. Alergen, który przez lata był wszędzie – dziś już częściowo zakazany, ale wciąż obecny. Trzeci – PEG-i i parafina, czyli substancje ropopochodne. Parafina nie jest może toksyczna, ale nie daje skórze nic poza okluzją.   

Jak dobierasz pielęgnację?  

Zawsze zaczynam od składu. Unikam składników, co do których mam wątpliwości – bo wiele z tych, których unikałam 15 lat temu, dziś jest zakazanych. Nie chcę być testerem na własnej skórze. Inaczej. Nawet jeśli produkt wygląda pięknie i obiecuje cuda – biorę pod lupę skład. Chcę wiedzieć, co nakładam na twarz. Pisze do marek, pytam, czekam na odpowiedź. Jeśli milczą – coś może być na rzeczy. Uważam, że czytanie składów pozwala nam lepiej zrozumieć, co kupujemy. 

W kwestii zapachów jesteś też tak ortodoksyjna?  

Zapachy to dla mnie coś więcej niż ładna nuta. To wspomnienia, podróże, emocje. Dlatego w pielęgnacji jestem restrykcyjna – ale w perfumach zostawiam sobie wolność. Dzięki Galilu odkryłam zupełnie inną jakość perfum – od molekuł z jednym składnikiem, które są przejrzyste i nie zawierają drażniących dodatków, po marki naturalne, tworzone z absolutów, izolatów i olejków roślinnych. Zaczęłam unikać kompozycji z ftalanami – składnikami, które często obecne są w masowych zapachach, a mają potencjalnie szkodliwe działanie. Wiele perfum zawiera też alergeny, których producenci nie muszą ujawniać – wystarczy zapis „parfum” na etykiecie, by ukryć nawet kilkadziesiąt różnych substancji. Dlatego uważam, że nos to najlepszy przewodnik. Jeśli zapach już przy pierwszym zetknięciu wywołuje u mnie dyskomfort – boli mnie głowa, coś mnie drażni albo czuję napięcie – to znak, że muszę go sobie odpuścić. I właśnie dlatego wybieram zapachy, które współgrają z moją intuicją, emocjami i samopoczuciem. 

Masz swoje ulubione perfumy?  

Mam ich kilka – na różne dni, nastroje, potrzeby. Jednym z moich ukochanych zapachów jest Gypsy Water od Byredo. Napisałam kiedyś do nich z pytaniem, czy używają ftalanów. Odpowiedzieli, że nie. I to był dla mnie test uczciwości – znak, że są transparentni, świadomi, idą z duchem czasu. To dla mnie ważne, bo zapach to coś więcej niż ładna nuta. To deklaracja, opowieść, relacja z ciałem. Bardzo cenię też perfumy naturalne – takie jak Raer Scents, ORMAIE czy Maria Candida Gentile. Te marki tworzą nie tylko zapachy, ale całe filozofie. Używają szkła z recyklingu, naturalnych tuszów, ekologicznych opakowań. Ich kompozycje są oparte na absolutach, izolatach, olejkach roślinnych – złożone, głębokie, a przy tym delikatne dla skóry i zmysłów. To jest dla mnie przyszłość perfumiarstwa. Mam też zapachy bardziej klasyczne, syntetyczne, a także mieszane – bo wierzę w wybór. Ważne, by był świadomy. I tu muszę wspomnieć o marce Essential Parfums, którą poznałam dzięki Galilu. To nie jest droga marka, ale wyjątkowo uczciwa. Twórczyni podaje na opakowaniu, kto jest autorem kompozycji – imię i nazwisko nosa perfumiarskiego. Co więcej – informuje o stężeniu, czyli ile faktycznie esencji zapachowej znajduje się w butelce. To rzadkość. Ale to, co robi na mnie największe wrażenie, to otwartość w komunikacji: tu mamy składniki naturalne, tu syntetyczne. Figa jest pochodzenia naturalnego, ale została wzmocniona syntetycznym piżmem – i marka nie udaje, że to w 100% naturalny zapach. I właśnie za to ją szanuję. Bo kiedy wiem, co kupuję, mogę zdecydować, co chcę mieć na skórze. Taka szczerość to dla mnie ogromna wartość – i coraz rzadsza. 

Galilu wraca w Twoich wypowiedziach. Dlaczego?  

To dla mnie miejsce absolutnie symboliczne. Jedno z pierwszych w Polsce, gdzie można było stacjonarnie kupić wysokiej jakości kosmetyki naturalne. Pamiętam, jak odkryłam tam markę Erbaviva – genialne formuły stworzone z myślą o mamach i dzieciach, świetny dezodorant, prosty skład. W czasach, gdy naturalna pielęgnacja była u nas niszą, a większość produktów trzeba było sprowadzać z Nowej Zelandii, Stanów czy Niemiec – Galilu było jak objawienie. Na początku było trudno – kosmetyki naturalne zamawiałam z zagranicy, robiłam research, testowałam. Ale jednocześnie obserwowałam, jak w Polsce zaczynają kiełkować pierwsze rodzime marki. Kibicuję im od początku, bo wiem, że można inaczej. I właśnie Galilu zawsze było o tym „inaczej”. Do dziś każda marka, którą tam znajdziesz, ma sens, historię, jakość i spójność. Ta selekcja nie jest przypadkowa – to miejsce, które pokazuje, że można tworzyć i wybierać kosmetyki bez kompromisów. 

Czy Twoja skóra się zmieniła, kiedy zmieniłaś pielęgnację?  

Tak. I to bardzo. Na początku lat 2000 używałam wszystkiego, co było modne: bazy wygładzające z silikonami, kremy typu oil-free, matujące podkłady. Efekt? Skóra była gładka przez chwilę, a potem dramat: przesuszenie, trądzik, reakcje zapalne. Przełomem było serum olejowe – ale nie domowe, tylko profesjonalna mieszanka dobrana do mojego typu cery. Nałożone na wilgotną skórę zadziałało kojąco, odżywczo, regulująco. Zrezygnowałam z nadmiaru, zaufałam prostocie. Dermatolodzy przepisywali mi wcześniej sterydy. A tu wystarczyła jakość. Nie jestem kosmetologiem, ale kiedy dziewczyny piszą, że dzięki moim rekomendacjom też odstawiły konwencjonalne produkty i zauważyły poprawę – wiem, że naturalna pielęgnacja naprawdę działa. Roślinne oleje i ekstrakty mają moc, jeśli są dobrze dobrane. 

Jak dziś wygląda Twoja codzienna pielęgnacja? 

Zawsze myję twarz dwa razy dziennie – rano i wieczorem. Ale nie robię tego na szybko – naprawdę poświęcam na to chwilę, żeby dokładnie oczyścić skórę. Używam łagodnego żelu, nieinwazyjnego, bez intensywnych zapachów. Potem sięgam po wodę termalną albo tonik w sprayu – i to nie tylko na twarz, ale też na dekolt i biust. Bo pielęgnacja dla mnie nie kończy się na brodzie. Po toniku czas na serum olejowe – kilka kropli na wilgotną skórę. Nigdy nie dotykam pipetą twarzy! To wygląda efektownie na Instagramie, ale jest absolutnie niehigieniczne. Pipeta się zanieczyszcza, to jedno z większych pielęgnacyjnych nieporozumień. Zawsze najpierw na dłoń, potem na twarz. Następny krok to krem pod oczy i krem na dzień. Jeśli chodzi o kremy z filtrem – używam, ale z dużą uważnością. Nie należę do ortodoksyjnego nurtu SPF-owego. Uważam, że nie trzeba się smarować od rana do nocy, zwłaszcza kiedy pracujemy przy biurku i ekspozycja na światło dzienne jest minimalna. Ale chronię się przed słońcem – zawsze. Szukam cienia, nie leżę na plaży, nigdy tego nie lubiłam. Kiedy już używam filtrów, to wybieram wyłącznie mineralne. Wiem, że bielą – ale mi to nie przeszkadza. Są też wersje koloryzujące, np. od Dr. Hauschka albo Madara – i to są moje wybory. Do ciała również używam filtrów mineralnych – tu mogę polecić Erbaviva. Nawet jeśli zostawiają biały film, to nie mam z tym żadnego problemu. Jeśli już jestem na plaży – to tylko po południu, nigdy w pełnym słońcu. Smaruję się na biało i gotowe. Czasem dostaję komentarze: „O Jezu, ja bym tak nie mogła!” – i to rozumiem. Ale dla mnie to kwestia wyboru i świadomości. Każdy z nas decyduje, co chce na siebie nakładać i jakie efekty osiągnąć. Ja też miałam etap solarium, jak większość osób urodzonych w latach 70. i 80. Ale na szczęście szybko mnie to znudziło. I dziś jestem w zupełnie innym miejscu. 

Wskażesz konkretne produkty, które szczególnie cenisz? 

Z serum olejowych – Ageless Beauty Ani Greli z Warsztatu Piękna. Absolutny hit. Także czysty olej z opuncji figowej – świetnej jakości mają go np. Bracia Mydlarze. Krem pod oczy Dr. Hauschka bez wody w składzie. Genialny. Lubię krem do twarzy marki Mossa i filtr mineralny – również Dr. Hauschka albo Madara w wersji koloryzującej.  

Zostajemy jeszcze chwilę przy pielęgnacji. Co z włosami? 

Tutaj również bez szaleństw. Myję dwa razy szamponem, raz odżywką. Najlepsza odżywka, jaką kiedykolwiek miałam, to Mauli Rituals z Galilu. To Bentley wśród odżywek – cudownie pachnie, wygładza, nie puszy. No i wcierka Weleda Tonic – niezawodna klasyka. Olejów do włosów używam sporadycznie, ale tylko wtedy, gdy wiem, co to za olej, skąd pochodzi, jak jest tłoczony, jak np. Grow Strong Hair Oil od Mauli Rituals. 

A farbowanie? Znajdujesz kompromis? 

Tak. Nie jestem idealna – farbuję włosy. Wybieram duńską markę Natulique, która jest mniej toksyczna, bardziej świadoma. Nie używam henny, nie lubię domowego farbowania. Ale nie rozjaśniam już włosów – zrezygnowałam z chłodnego blondu. I moje włosy mi za to dziękują. 

Pielęgnacja ciała? 

Prosto. Uwielbiam olej migdałowy – szczególnie polecam kobietom w ciąży. Jest lekki, szybko się wchłania, pasuje do każdego typu skóry. Latem trzymam w lodówce balsam z awokado od Fridge – cudownie chłodzi. Ale nie będę udawać – nie używam balsamu codziennie. Za to zapachy – tak. I jak wspomniałam lubię i stosuję codziennie. Mam ich kilka – i każdy ma swoje pięć minut w zależności od dnia czy nastroju. 

To jeszcze zajrzymy do twojej kosmetyczki z kolorówką. Pierwsze miejsce? 

Zdecydowanie rozświetlacz w sztyfcie od Westman Atelier. To mój absolutny must-have. Używam go wszędzie – na powieki, środek nosa, pod oczy, na usta. Daje efekt świeżości, światła, takiego zdrowego glow. Do tego dokładam róż – też w sztyfcie, najlepiej ten sam, żeby wszystko ze sobą harmonijnie grało. Ten duet daje mi więcej niż klasyczny makijaż. Gdybym miała wybrać tylko jeden element, który zawsze musi być ze mną? Balsam do ust. Mam je wszędzie – w torebce, w aucie, w pracy. To moje małe uzależnienie. No i nie mogę nie wspomnieć o samej marce. Gucci Westman przez ponad 25 lat była makijażystką gwiazd. Pracowała z największymi, widziała reakcje skórne, alergie, konsekwencje tych wszystkich kontrowersyjnychskładników na twarzach klientek. I po tych 25 latach zdecydowała się założyć własną markę – Westman Atelier – opartą na kosmetykach naturalnych. To dla mnie genialny przykład osoby z doświadczeniem, która postanowiła zrobić coś inaczej. Ten rozświetlacz to jest naprawdę mały cud w sztyfcie. Nie potrzebuję wtedy ani tuszu, ani cieni – wystarczy jeden produkt, który ożywia całą twarz, działa jak błyszczyk, rozświetla spojrzenie i dodaje życia. I robi to bez drażniących składników. To właśnie jest ten nowy luksus – prostota, jakość, świadomość. 

Jesteś prawniczką, na co dzień pracujesz w Sejmie, a jednak mocno działasz na Instagramie i uczysz świadomych wyborów. Gdybyś miała opisać jednym zdaniem swoją misję? 

Chcę, żeby ludzie robili świadome wybory kosmetyczne. Nie dlatego, że coś jest modne albo na promocji, tylko dlatego, że wiedzą, co kupują, co nakładają na skórę i jakie to może mieć konsekwencje – dziś i za dziesięć lat. Kiedy mówię „świadomy wybór”, mam na myśli – czytanie składów. Albo przynajmniej – zainteresować się nim. Dziś świadomość to nowy luksus. Luksus to wiedzieć, kto stoi za marką, jak wygląda łańcuch dostaw, co się dzieje z opakowaniem po zużyciu produktu. Luksusem jest spójność: od receptury po komunikację. Logo już nie wystarcza. Coraz więcej ludzi tego właśnie szuka – i bardzo dobrze. 

A jeśli konsument nie ma wiedzy chemicznej – od czego zacząć? 

Od ciekawości. Wystarczy raz spojrzeć na listę składników i poszukać, co oznacza coś, co brzmi dziwnie. Wystarczy zadać pytanie producentowi – on ma obowiązek odpowiedzieć. Jeśli nie odpowiada, to znaczy, że może nie warto od niego kupować. Głosujemy portfelem. I ten głos naprawdę ma znaczenie. Rosnąca świadomość to już nie trend – to potrzeba. Klientki pytają, sprawdzają, szukają. Nawet duże marki się zmieniają – modyfikują formuły, rezygnują z kontrowersyjnych składników. A naturalna pielęgnacja przestała być niszą – stała się częścią mainstreamu. I dobrze. 

Gdybyś miała zostawić naszych czytelników z jedną myślą, co by to było? 

Bądźcie ciekawi. Nie wierzcie bezrefleksyjnie opakowaniom. Pytajcie, sprawdzajcie, wybierajcie mądrze. Świadomość to nie obciążenie – to wolność. A w świecie beauty, w którym można wszystko, to właśnie wiedza jest najpiękniejszym filtrem. 

Czytaj więcej

  • Zapach też potrafi blefować

    27
    04

    Galilu Talks

    Zapach też potrafi blefować

    Kolekcjonuje zapachy, książki i wspomnienia. Tworzy perfumy, które pachną jak opowieści – czasem dzieciństwem, czasem podróżą konno przez góry Kolumbii, a czasem… pokerową nocą. Dla Ludovica Bonnetona, założyciela Bon Parfumeur, perfumy to nie luksus, a doświadczenie.

    Przejdź do artykułu
  • Santissima. Energia. Wenecja. Zapach. 

    16
    05

    Galilu Talks

    Santissima. Energia. Wenecja. Zapach. 

    Ania Kuczyńska to jedna z najbardziej cenionych i rozpoznawalnych polskich projektantek mody. Tworzy mocną i charakterystyczną markę – jej styl określany jako ozdobny minimalizm jest hołdem dla szykownej elegancji i charyzmatycznej kobiecości. Poprzez projekty Ania opowiada historie i wprowadza nas w świat symboli, od niedawna jej projekty dopełniły botaniczne perfumy i świece. 

    Przejdź do artykułu
  • Zapach pomaga zrozumieć świat

    27
    03

    Galilu Talks

    Zapach pomaga zrozumieć świat

    Perfumy to nie tylko kwestia doboru nut i proporcji. Opowiadają o emocjach, ułatwiają odnalezienie się w rzeczywistości, oswojenie jej w trudnych chwilach – uważa Olivier Royère, który wraz z Sylvie Loday i Benoîtem Verdierem założył paryską markę Ex Nihilo.

    Przejdź do artykułu