Jedna próbka w prezencie do zamówień do 300 zł, trzy próbki powyżej tej kwoty*

Darmowa dostawa od 500 zł

Galilu
Koszyk
Zapach też potrafi blefować

Galilu Talks

Zapach też potrafi blefować

Kolekcjonuje zapachy, książki i wspomnienia. Tworzy perfumy, które pachną jak opowieści – czasem dzieciństwem, czasem podróżą konno przez góry Kolumbii, a czasem… pokerową nocą. Dla Ludovica Bonnetona, założyciela Bon Parfumeur, perfumy to nie luksus, a doświadczenie.

Tekst: Marta Rudowicz

Zdjęcia: Materiały prasowe

27 • 04 • 2026

Kolekcjonuje zapachy, książki i wspomnienia. Tworzy perfumy, które pachną jak opowieści – czasem dzieciństwem, czasem podróżą konno przez góry Kolumbii, a czasem… pokerową nocą. Wierzy w intuicję, a nie marketing. I w to, że najlepsze rzeczy rodzą się bez pośpiechu. Dla Ludovica Bonnetona, założyciela Bon Parfumeur, perfumy to nie luksus, a doświadczenie. Migawka emocji. Zapach, który w jednej sekundzie potrafi przenieść nas w czasie. A czasem – zaskoczyć. Jak blef, który pachnie tuberozą. 

Kim jesteś poza Bon Parfumeur? 

Paryżaninem z duszą wędrowca, zakochanym w Kolumbii, koniach, podróżowaniu, cygarach i pokerze. Kocham swoje miasto – jego rytm, historię i architekturę, ale zawsze jestem gotowy ruszyć w drogę. Pasjonuje mnie fotografia, bo pozwala uchwycić ulotność chwili. Podczas jednej z moich najdłuższych wypraw (dwuletniej podróży) postanowiłem, że będę fotografował tylko ludzi, których spotkam. To moje wspomnienia. Żadnych widoków, bo zdjęcie jeziora Bajkał i tak zrobił już ktoś lepszy niż ja. Mam szczęście dzielić życie z wyjątkową rodziną i być ojcem dwóch córek. Przez większość kariery pracowałem w branży technologicznej, zanim stworzyłem własną markę perfum, które od nastoletnich lat kolekcjonuję. Poza tym, wierzę w piękno codzienności – w poezję życia. 

Dlaczego i jak podejmuje się decyzję o założeniu własnej marki perfum? 

Jako pasjonat i kolekcjoner zapachów, chciałem w pełni poświęcić się perfumom, więc rzuciłem się na głęboką wodę, nie zastanawiając się nad tym zbytnio. Chciałem wrócić do tego, co zawsze najbardziej ceniłem w perfumach, czyli ich szlachetnego pochodzenia, ale jednocześnie pozostać bardzo współczesny. Powiedziałem sobie, że jeśli podejdę do tego szczerze i z szacunkiem, stawiając głównie na jakość, i jeśli każda kreacja będzie mi sprawiać przyjemność, to inni miłośnicy perfum też to docenią. Przede wszystkim tworzę zapachy, które sam chciałbym nosić – jestem swoim pierwszym klientem. 

Pamiętasz moment, w którym zapragnąłeś stworzyć własną markę? 

Nigdy nie miałem nic wspólnego z branżą beauty. Pochodzę z rodziny wydawców. W domu nie rozmawiało się o ludziach, plotkach czy nawet o pomysłach – rozmawiało się o książkach. Kiedy miałem 20 lat, chciałem stworzyć pismo poświęcone cygarom, które zacząłem palić mając 16 lat. Trudno jednak było mi znaleźć inwestorów, więc zająłem się branżą technologiczną. Uruchomiłem kilka firm i ponad dekadę temu sprzedałem własną. Nie miałem planu „co dalej”, ale powiedziałem mojej żonie, która jest Kolumbijką: „Skoro większość życia mieszkamy w Paryżu, spróbujmy pomieszkać teraz trochę tam (w Kolumbii). To dobry moment”. Przeprowadziliśmy się. Moja żona założyła tam własną markę biżuterii, a ja w tym czasie ją wspierałem i szukałem swojej nowej ścieżki zawodowej.  

Rozumiem, że właśnie w Kolumbii nastąpił ten moment „olśnienia”, że będzie to marka perfum? 
 
Tak. Mieszkaliśmy wtedy w Cali – tropikalnym mieście położonym tysiąc metrów nad poziomem morza, gdzie pogoda jest po prostu idealna: słońce, 25 stopni każdego dnia i trudna do opisania intensywność zapachów. Nawet deszcz ma tam swój aromat. Wszystko wokół pachniało tak mocno, że przestałem sięgać po perfumy, bo każdy dodatkowy zapach wydawał mi się zbędny. Pewnego dnia wyruszyliśmy z przyjaciółmi na przejażdżkę konną z Cali w góry. I to było dla mnie niemalże mistyczne przeżycie – czułem każdy aromat: konie, kwitnące kwiaty, miasto z lekką nutą spalin, wilgotny las. I poczułem, że chcę tworzyć perfumy, że to moja prawdziwa pasja. Nie znałem się na branży perfumeryjnej, ale znałem zapachy i emocje, jakie potrafią wywołać. Chciałem stworzyć coś osobistego, opartego na wspomnieniach. Dwa tygodnie później byłem już w Paryżu, szukałem ludzi, którzy mogliby mi pomóc. 

To musiał być naprawdę silny impuls. 

To był impuls, a nie chwilowa zachcianka. Raczej coś, co narastało we mnie przez długi czas i wreszcie znalazło swoje ujście. Tworzenie zapachów okazało się dla mnie czymś naturalnym. Moja praca to prawdziwa przyjemność. No, może poza księgowością – ale reszta? To radość tworzenia, opowiadania historii, które wcześniej istniały tylko we mnie. I chyba właśnie dlatego marka tak szybko znalazła swoich odbiorców. Pamiętam otwarcie butiku w Le Marais, przy 17 rue Saint Croix de la Bretonnerie. Przyszła kobieta z dwiema córkami. Zapytałem, czy zna markę. Uśmiechnęła się i powiedziała: „Oczywiście.  Mam ten zapach i ten, a moje córki mają tamten”. To był jeden z najpiękniejszych momentów. Przedstawiłem się: „Jestem założycielem”. A ona odpowiedziała: „To najlepsze perfumy, jakie miałam”. Właśnie takie chwile mnie napędzają – wszystko ma sens, kiedy spotykasz ludzi, którzy czują te zapachy tak samo jak ty. Lubię kontrasty, gdy zapach zostawia po sobie emocję – coś, co zostaje z tobą na długo. Dla mnie perfumy to doświadczenie – dźwięk, uczucie, wspomnienie. Perfumy nie ratują życia. Ale sprawiają, że życie staje się pełniejsze. Bardziej zmysłowe. Bardziej świadome. Wyobraź sobie, że jedziesz na wakacje z jednym zapachem – powiedzmy Jean Cologne 004. A potem, po latach, znów go czujesz. I nagle wracają obrazy. Słońce, wolność, lekkość. To właśnie jest magia zapachów. 

Zawsze interesowałeś się zapachami? 
 
Zawsze mnie fascynowały – szczególnie te ukryte, nieoczywiste. Uważam, że perfum nie da się po prostu „nauczyć”. Trzeba je kochać. To wszystko zaczęło się wcześnie. Może nie rozumiałem jeszcze, czym naprawdę jest zapach, ale coś we mnie reagowało. Coś się zapisywało. Zacząłem dostrzegać, że zapach to nie tylko przyjemna woń, ale też emocja, pamięć, nastrój.  

Pamiętasz swój pierwszy zapach, który wybrałeś dla siebie świadomie
 
To był Jicky od Guerlain. Miałem piętnaście lat. I wbrew temu, co wielu zakłada, nie był to zapach mojej mamy. Odkryłem go sam, w butiku. Byłem tam z przyjacielem, który szukał perfum dla siebie. Moi rówieśnicy wybierali wówczas Fahrenheita, ja powąchałem Jicky – i przepadłem. Od Jicky zaczęło się z resztą moje kolekcjonowanie perfum. Później przyszła miłość do niszowych marek, które wtedy dopiero się pojawiały – Serge Lutens, Serge Noire, Musc Ravageur Maurice’a Roucela… Zbierałem je z ogromną uważnością. Wybierałem zapachy nie dlatego, że były modne, ale dlatego, że coś we mnie poruszały. 

Ile perfum liczy dziś twoja kolekcja? 
 
Przestałem liczyć… W pewnym momencie flakony zaczęły zajmować coraz więcej miejsca – do tego stopnia, że któregoś dnia żona zapytała mnie: „Naprawdę potrzebujesz tego wszystkiego?”. Część kolekcji przeniosłem więc do biura, ale wiele z nich wciąż mam w domu. Zwłaszcza te, które mają dla mnie znaczenie emocjonalne, nawet jeśli dziś ich nie noszę. Pour un Homme de Caron przypomina mi konkretny okres życia. Opium, choć nigdy go nie używałem, ma dla mnie wartość symboliczną. I Shalimar – dla mnie najpiękniejszy flakon, jaki kiedykolwiek powstał. Absolutne arcydzieło.  

Coś jeszcze kolekcjonujesz oprócz zapachów? 
 
Książki – szczególnie te poświęcone demokracji i filozofii politycznej, ale też literaturę piękną. Mam niemal wszystkie wydania Lovecrafta. Poza książkami zbieram pamiątki z podróży. Czasem bardzo nieoczywiste. Z wyprawy do Pakistanu przywiozłem na przykład ciężkie, metalowe kubki, które podarowała mi Tehmina Durrani – pisarka i aktywistka. Zaprosiła nas do swojego domu i wręczyła je na pożegnanie. Mimo że podróżowaliśmy z plecakami, a i ich waga była wyzwaniem, niosłem je jak skarb. Z Argentyny przywiozłem natomiast matę – z pozoru zwyczajną, ale dla mnie to wspomnienie jazdy konnej przez bezkresne tereny. Każdy z tych przedmiotów opowiada historię. I może właśnie to kolekcjonuję najmocniej – wspomnienia zaklęte w rzeczach. 

Dużo podróżujesz. Jaki sposób najczęściej wybierasz? 

Podróżowanie to dla mnie wolność. Najczęściej podróżuję powoli, pociągami. Kocham ten rytm – równy, niemal medytacyjny. W pociągu czas płynie inaczej. Można patrzeć przez okno, myśleć, nie spieszyć się. Mam szczęście, że mogę sobie na to pozwolić. Podróżuję po to, żeby spotykać ludzi. Lubię z kimś usiąść, zagrać w karty, porozmawiać bez pośpiechu. Dla mnie podróż to nie „zwiedzanie”, ale doświadczanie. I często wybieram kierunki, które pozwalają mi na jeszcze jeden rodzaj wolności – galop na koniu. Kiedy byłem dzieckiem, wyobrażałem sobie, że pędzę na koniu tuż obok jadącego pociągu. Nauczyłem się więc jeździć konno i konie towarzyszą mi w większości wypraw. Jeździłem konno w Pakistanie, w Argentynie, w Mongolii – gdzie można galopować godzinami – bez przerwy i bez granic.  

Zbierasz wiele rzeczy – książki, zapachy, wspomnienia. Chciałam zapytać o pamięć fotograficzną, ale kiedy cię słucham, mam wrażenie, że twoja pamięć jest bardziej… zmysłowa. 

Mam całkiem dobrą pamięć fotograficzną – choć fatalną do nazw. Ale świetnie zapamiętuję ludzi, z którymi spędzam czas. I jeszcze lepiej – zapachy. One naprawdę głęboko zapisują się w moich wspomnieniach. Najsilniejszy ślad nie pochodzi jednak od konkretnych perfum, tylko… z dzieciństwa. Z zapachu mieszkania mojej babci. To było coś niesamowitego – drewno, skóra, książki, może odrobina kurzu… Kiedy tylko przekraczało się próg, czuło się historię. Ten zapach mówił: „Tu jesteś bezpieczny”. Każdy dom pachnie inaczej. I tego nie da się podrobić. 

A twój dom? Jak pachnie dziś? 

Świecami. Mamy z żoną własną kolekcję – szczególnie kochamy te z nutą bazylii. Ale dla mnie dom musi pachnieć życiem. Jeśli pijesz kawę, gotujesz coś pikantnego – to wszystko zostaje w powietrzu. I to jest piękne. Nie lubię miejsc, które pachną jak hotel. Lubię czuć, że ktoś tam naprawdę żyje. 

Jaki jest najpiękniejszy i najgorszy zapach na twojej osobistej liście? 
 
Lubię wiele różnych zapachów – zmieniam je często, w zależności od nastroju, pory dnia, wspomnień. Nie mam jednej odpowiedzi. Ale jeśli miałbym wskazać coś, czego naprawdę nie lubię, to syntetyczny zapach „owocu”, który nigdy nie istniał – nie jestem w stanie go znieść. Kojarzy mi się z plastikiem, z czymś nienaturalnym. Choć, co ciekawe, sam zapach plastiku potrafi być dla mnie pociągający – na przykład zapach nowego samochodu. To też plastik, ale zupełnie innego rodzaju. A najpiękniejszy zapach? Jeśli miałbym wskazać jeden, to byłaby chyba wetiweria. Uwielbiam ją. Mam wiele perfum, w których wetiweria jest nutą bazy. To zapach elegancki, głęboki, naturalny – a jednocześnie niezwykle wszechstronny. Może być ziemisty, dymny, lekko różany. Czasem przypomina świeżo skoszoną trawę, innym razem – skórę. To składnik, który sam w sobie opowiada historię. 

Twoje zapachy są bardzo autentyczne, emocjonalne. Sprawiają wrażenie instynktownych – jakbyś nie musiał zbyt głęboko analizować ich konceptu, bo wszystko wypływa bezpośrednio z ciebie. 

To miłe, dziękuję. I tak, myślę, że to prawda. Nie jestem osobą, która wszystko analizuje intelektualnie. W perfumach przecież nie o to chodzi – nie musisz rozpoznawać składników, żeby coś poczuć. To emocje. Szybka reakcja. Oczywiście mam swoje ambicje. Chciałbym, żeby niektóre nasze zapachy stały się klasykami. Żeby ktoś za pięć, dziesięć, piętnaście lat powiedział: „O, to przecież Myrrh Shadow”. Lubię tę wizję. Moje zapachy opowiadają jakieś historie, nie są efektem marketingu. Zresztą w ogóle nie mamy działu marketingu w firmie. Osoby, które współtworzą opisy perfum, to ci sami ludzie, którzy codziennie testują je razem ze mną. To bardzo osobista marka. I myślę, że ludzie to czują. Jeśli ktoś chce czegoś dużego, masowego – sięgnie po wielką markę. Ale jeśli szuka czegoś rzemieślniczego, stworzonego z uczuciem, to my jesteśmy tą odpowiedzią. 

Tworząc zapachy, współpracujesz z różnymi perfumiarzami. Czym kierujesz się przy wyborze współpracowników? 

Wszystko zaczęło się od spotkania z Raymondem Chaillanem – twórcą legendarnego Opium dla Yves Saint Laurent. To on otworzył mi drzwi do świata perfumiarzy. W ciągu zaledwie sześciu miesięcy poznałem wielu twórców, każdy z nich miał swój własny, unikalny styl. Trochę się wtedy szkoliłem – chciałem zrozumieć podstawy. Ale od początku miałem ogromny szacunek do wiedzy technicznej perfumiarzy. Dla mnie jednak najważniejsza jest chemia – nie to, co ktoś ma w portfolio, ale kim jest jako człowiek. Większość perfumiarzy, z którymi pracuję, to naprawdę niezwykłe osoby. Weźmy Karine Dubreuil-Sereni, która stworzyła nasz zapach 004 z nutą tequili. Jest też śpiewaczką operową. Opisałem jej kiedyś zapach i… zaczęła go śpiewać. To nie była żadna szalona improwizacja, a raczej czysta ekspresja. Uwielbiam takie momenty. Quentin Bisch? On zawsze zaskakuje. Tworzy rzeczy, których się nie spodziewasz. To jest prawdziwa sztuka. Serge de Oliveira z kolei jest bardziej introwertyczny, ma w sobie tajemnicę. Ale kiedy tworzy – jak w przypadku 107 Napa Tuberosa – robi to z głębi serca. Współpracuję zarówno z wielkimi nazwiskami – jak Anne Flipo czy wspomniany Quentin – jak i z mniej znanymi twórcami. Ale zawsze muszą to być artystyczne dusze. Tylko to się dla mnie naprawdę liczy. 

Najnowszy zapach stworzyłeś z Quentinem Bische. Nosi tajemniczą nazwę Myrrh Shadow. Opowiedz o nim coś więcej. 

Podczas porządków w piwnicy znalazłem książkę, która przypominała mi Baśnie tysiąca i jednej nocy. I nagle wróciły do mnie wszystkie te opowieści: Sinbad, Alladyn…, które były ważną częścią mojego dzieciństwa. Chciałem uchwycić to uczucie – ale to nie było konkretne wspomnienie, które można „odtworzyć”. To nie deszcz w lesie. Na szczęście pracowałem wtedy z Quentinem Bische – i on zrobił coś niesamowitego. Zaczął od benzoinu waniliowego, który nadał zapachowi ciepłą słodycz i elegancję. Ale dodał też subtelny, świeży pieprz i bazylię. Nie mówiłem mu, że chcę, by zapach był świeży – ale on instynktownie wyczuł potrzebę kontrastu. I to zadziałało. Zapach jest intensywny, a jednocześnie lekki. W tej opozycji jest magia. Ten zapach otwiera drzwi do miejsc, które mamy w sobie, ale o nich zapomnieliśmy. I chyba o to mi chodziło – stworzyć coś, co nie opowiada o konkretnej chwili, ale pozwala do niej wrócić. 

Twoja kolekcja Extrait de parfum jest bardziej intensywna niż klasyczne wody perfumowane. Co różni ją od innych form zapachu?  

Extrait to najwyższe stężenie perfum – zawiera zwykle od 25% do 30% olejków zapachowych, dzięki czemu ma mniej alkoholu i bardziej skoncentrowany charakter. Nie chodzi jednak wyłącznie o intensywność. To także kwestia rzadkich składników i kompozycji, która zachowuje elegancję i trwałość, bez przytłaczania. Nie chodzi o to, żeby było mocniej – chodzi o to, żeby było głębiej, bardziej subtelnie. Naturalne składniki są jak dobre wino – mają więcej odcieni, są żywe, mogą się minimalnie różnić, ale właśnie to sprawia, że zapach żyje na skórze.  

Stworzyłeś markę, której zapachy z założenia od początku można było miksować. Czy to było zaplanowane? 

Nie. To nie był żaden marketingowy koncept. Po prostu miałem kolekcję – a kiedy masz kolekcję zapachów, to naturalne, że coś zostaje na szalu, coś na skórze. Jednego dnia używasz innego zapachu niż poprzedniego, i nagle zauważasz, że to działa. Pomyślałem: skoro i tak to robię, może warto się tym podzielić. I od początku mówię klientom: „Noś je, jak chcesz. Spróbuj, pobaw się tym”. Ja sam nie mieszam zapachów warstwami – nie nakładam kilku jeden na drugi. Ale rozpylam je w różnych miejscach. Jeden psik na szal, jeden na prawą rękę, drugi na lewą. I w ciągu dnia te zapachy się spotykają, łączą. To coś naturalnego, intuicyjnego. I bardzo osobistego. 

Więc koniec dnia zawsze przynosi nową kompozycję. 

Zawsze. Dlatego od samego początku mówię klientom – bawcie się. 

Masz swój ulubiony zapach z kolekcji? 

Tak. Bois Narcotique. To dla mnie zapach przełomowy. Pochodzi z momentu, kiedy spacerowałem w lesie po deszczu. Poczułem coś wyjątkowego – i wiedziałem, że chcę to zamknąć w butelce. To zapach, który uzależnia. Chcesz go wąchać bez końca. 

Zrobiłeś zapach inspirowany pokerową nocą. Sam kochasz pokera. Co cię w nim przyciąga? 

Tak – 902. Pachnie jak armaniak i tytoń – przypomina mi tamten wieczór. Chciałem uchwycić to napięcie, to ciepło, ten rodzaj rozmowy, kiedy się gra. Gram dla zabawy. Zawsze z przyjaciółmi, nigdy na duże pieniądze. Nie jestem hazardzistą. Uwielbiam grać – we wszystko. A poker to coś więcej niż gra. To emocje. Rozmowa. Obserwacja ludzi. Poker to spotkanie – nie tylko karty. To jak spektakl. 

Perfumy, podobnie jak poker, są trochę grą na emocjach. Czy zapach może blefować? 

Zdecydowanie tak. Weźmy na przykład Napa Tuberosa z naszej kolekcji – to zapach, który wygląda niewinnie, ale zaskakuje. Większość ludzi nie lubi tuberozy – jest intensywna, przytłaczająca, zbyt słodka. Ja sam nigdy nie byłem jej fanem. Ale tutaj... to blef. Bo kiedy ją wąchasz, myślisz: „O, to będzie klasyczna biała kwiatowa nuta”, a tymczasem – bach – pojawia się jaśmin, kontrasty, głębia. Lubię, gdy zapach nie mówi wszystkiego od razu. Gdy ma zwrot akcji. Gdy zaskakuje. To dla mnie esencja perfum – kontrast i emocja. I właśnie to próbujemy uchwycić w zapachach Bon Parfumeur. Tak jak w pokerze – nigdy nie wiesz do końca, z czym masz do czynienia. I właśnie to jest ekscytujące. 

A gdybyś swoje życie miał zamknąć w jednym zapachu – jaki by to był? 

Wetiweria. I może coś ambrowego, orientalnego. Mieszanka. To byłby zapach zmysłowy, wielowarstwowy. Blisko skóry. Taki, który trwa, ale nie dominuje. 

Za co najbardziej lubisz swoją pracę? 

Za wolność. To chyba dla mnie najważniejsze. Wszystko, co tworzę, powstaje intuicyjnie – w dialogu z ludźmi, którym ufam. Jeśli coś działa, to dlatego, że pochodzi z prawdziwego miejsca. Myślę, że dlatego zapachy Bon Parfumeur są takie… lekkie. Nie tworzę pod presją. Mogę działać w swoim tempie. I właśnie dzięki temu ta marka ma swój rytm. To dla mnie ważne – żeby zachować w życiu coś irracjonalnego. Coś, co nie poddaje się logice, planowi czy terminowi. To jest magia niszy – możesz sobie pozwolić na luksus irracjonalności. Poza tym naprawdę lubię ludzi, z którymi pracuję. Wybieram takich, z którymi mogę pójść na obiad po spotkaniu. To moje kryterium. Mój dyrektor finansowy jest ze mną od siedmiu lat, dyrektorka komunikacji – od ośmiu. Firma to coś długoterminowego. A jeśli znajdziesz to, co twoje i ludzi, którzy to podzielają, możesz tworzyć coś wyjątkowego. I bez stresu. 

Czytaj więcej