Agnieszka: Pamiętasz, jak w ogóle trafiłaś do Galilu?
Ania: Mieszkałam wtedy z moją przyjaciółką Zuzią. Wróciła kiedyś z sesji zdjęciowej i powiedziała, że poznała dwie dziewczyny, które właśnie otworzyły nowe miejsce i szukają kogoś do pracy. W niedzielę zabrała mnie na spacer po Krakowskim Przedmieściu, żeby pokazać mi Galilu. Spojrzałam na witrynę i pomyślałam: „Wow”. A chwilę później powiedziałam na głos: „Przecież ja nigdy nie dostanę tu pracy”. Hotel Europejski wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż dziś, a witryna Galilu totalnie się wyróżniała na tle warszawskich miejsc. To była zupełnie inna przestrzeń. Odważna, trochę onieśmielająca. I ten ogromny czarny żyrandol. Pamiętam go do dziś. Miałam poczucie, że zaglądam do jakiegoś innego świata. To nie był sklep. To było doświadczenie.
Agnieszka: A jednak przyszłaś na rozmowę…
Ania: Ale uwierz mi, że długo się wahałam. Pracowałam wtedy w Vistuli. Zajmowałam się merchandisingiem i szkoleniami dla sprzedawców w sklepach w całej Polsce. Z perspektywy czasu widzę, że to doświadczenie bardzo mi się przydało. Doskonale pamiętam nasze pierwsze spotkanie. Miałaś niebieską sukienkę – albo bluzkę – i tatuaż na ręce. Pomyślałam wtedy: „To jest mój człowiek”. To był drobiazg, ale zrobił na mnie ogromne wrażenie. Usiadłam na tej słynnej białej sofie, która bardziej przypominała obiekt sztuki niż mebel. Rozglądałam się dookoła i cały czas miałam w głowie jedną myśl: „Nie mam żadnych szans”. Nie znałam tego świata. Nie znałam tych marek. Nie wiedziałam praktycznie nic o pielęgnacji ani o perfumach. A jednak 2 listopada 2006 roku był moim pierwszym dniem pracy w Galilu.

Agnieszka: Ja też doskonale pamiętam tę rozmowę. Powiedziałaś wtedy, że studiujesz prawo i pracujesz w Vistuli. Pomyślałam, że to bardzo nieoczywiste połączenie. Byłyśmy wtedy czteroosobowym zespołem. Miałyśmy pierwszy sklep, kilka marek, jeden stół i maleńkie biuro za szklaną ścianą, która pewnego dnia po prostu pękła. Do dziś nie wiemy, dlaczego. Patrzę na to z perspektywy czasu i myślę, że wtedy tak naprawdę nie budowałyśmy jeszcze firmy. Budowałyśmy miejsce, do którego same chciałyśmy wracać.
Ania: Dla mnie największym wyzwaniem była wówczas wiedza, a raczej jej brak. Pamiętam, że wydrukowałaś mi tony materiałów o markach Aēsop, Ren i Dr Sebagh i powiedziałaś: „Czytaj. Ale przede wszystkim: testuj.” To było fantastyczne. Wracałam do domu, otwierałam kosmetyki i od razu konfrontowałam teorię z praktyką. To było zupełnie nowe podejście. Pamiętam też, jak powiedziałaś mi, że Ren może okazać się marką dla mnie, kiedy opowiedziałam ci o swoich problemach ze skórą. To nie była sprzedaż produktu. To było pierwsze spotkanie z kimś, kto naprawdę słucha klienta. I chyba właśnie wtedy zrozumiałam, że Galilu nigdy nie będzie miejscem, w którym po prostu sprzedaje się kosmetyki. Tutaj od początku tworzyło się relacje.
Agnieszka: Ten okres w Hotelu Europejskim to był piękny czas, choć od początku wiedziałyśmy, że budynek czeka remont i długo tam nie pobędziemy. Do dziś pamiętam, jak chodziłyśmy z Warynią zakulisowymi korytarzami przez hotelowe zaplecze na lunch do restauracji U Kucharzy. To było trochę jak poruszanie się po teatralnej scenografii. Potem przyszedł czas Burakowskiej – większa przestrzeń, gabinety i możliwość dalszego rozwoju. Wtedy zaczęłyśmy coraz mocniej czuć, że zapachy potrzebują własnej przestrzeni.
Ania: Pamiętam, jak powiedziałaś mi, że marzysz o perfumerii poświęconej wyłącznie zapachom. Nie o kolejnym sklepie, ale o miejscu, do którego ludzie będą przychodzić po rozmowę, emocje i odkrywanie perfum. Wszyscy łączyli wtedy kosmetyki z perfumami, a ty już wiedziałaś, że to są dwa zupełnie różne światy. Mam wrażenie, że właśnie wtedy zaczęło rodzić się Galilu, które dzisiaj znamy.

Agnieszka: To był moment, w którym zrozumiałyśmy, że o pielęgnacji i o zapachach mówi się zupełnie innym językiem. Pielęgnacja opiera się na składnikach, badaniach i skuteczności. Perfumy są opowieścią o emocjach, wspomnieniach i wyobraźni. Tak narodził się pomysł Mokotowskiej 26. Dzisiaj brzmi to naturalnie, ale wtedy była to dość szalona decyzja. Niszowe perfumerie praktycznie nie istniały.
Ania: Pamiętam dzień otwarcia. Środa. Granatowa sukienka. Pierwsi goście. Stół, który jest z nami do dziś. Jeszcze bez charakterystycznej podświetlanej ekspozycji. Niewiele marek, ale każda wybrana z ogromnym przekonaniem. To było miejsce z duszą.
Agnieszka: Od początku chciałyśmy z Warynią stworzyć coś więcej niż tylko perfumerię. Szukałyśmy inspiracji w Paryżu, Mediolanie i Londynie. Zachwycały nas miejsca takie jak Colette, 10 Corso Como czy Space NK. Pokazywały, że sprzedaż może być doświadczeniem kulturowym. Liczyła się atmosfera, architektura, rozmowa. Chciałyśmy przenieść tę filozofię do Warszawy.

Ania: I to było czuć. Nie tylko w wystroju. Przede wszystkim w sposobie, w jaki rozmawiałyśmy o zapachach. Dla mnie momentem przełomowym było jednak spotkanie z Martą Siembab.
Agnieszka: Marta odezwała się do nas sama. Zwróciła uwagę na kilka opisów zapachów na stronie internetowej i zaproponowała, że nas przeszkoli. Spędziłyśmy z nią dwa intensywne dni – najpierw u mnie, później u Waryni w domu. Przyjechała z walizkami pełnymi olejków i materiałów edukacyjnych. Do dziś pamiętam przygotowane przez nią skrypty. Miały chyba ponad sto stron. Historia perfum, rodziny zapachowe, składniki, kompozycje… Nagle wszystko zaczęło układać się w spójną całość.
Ania: A ja najbardziej pamiętam zdanie: "Nie bój się własnych skojarzeń." Marta powiedziała, że w perfumach nie ma złych odpowiedzi. Jeżeli jakiś zapach przypomina komuś mokry asfalt po deszczu, wakacje u babci albo świeżo zaostrzony ołówek, to właśnie o to chodzi. To są jego emocje. Nie trzeba używać wielkich słów. Nie trzeba udawać eksperta. Trzeba być autentycznym. To jedno zdanie coś we mnie uruchomiło i chyba wtedy naprawdę zakochałam się w perfumach.
Agnieszka: Z perspektywy czasu myślę, że od początku miałyśmy jeszcze jedną zasadę. Nigdy nie chciałyśmy mieć marek tylko dlatego, że były modne. Każda z nich musiała nas w jakiś sposób poruszyć. Dzięki temu przez lata budowałyśmy ofertę, w którą naprawdę wierzyłyśmy. I choć kilku marek już z nami nie ma, wszystkie pamiętam. Jedną z najważniejszych dla mnie osobiście do dziś jest Frederic Malle.
Ania: Pamiętam Waszą determinację, żeby ta marka znalazła się w Galilu i niekończące się wyjazdy do Paryża. Wielu osobom wydaje się, że takie marki po prostu pojawiają się na półkach perfumerii. A wtedy to była naprawdę długa droga.
Agnieszka: Chyba przez cztery lata regularnie jeździłyśmy do Paryża i za każdym razem słyszałyśmy: „Jeszcze nie”. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, to zabawne, bo marka była wtedy niewielka. Frederic Malle miał kilka butików i bardzo ograniczoną dystrybucję. Ale od pierwszego spotkania wiedziałyśmy, że chcemy z nią pracować. Było w niej coś niezwykle autentycznego.
Ania: Kiedy pierwszy raz pojechałam z tobą do Paryża i weszłyśmy do butiku Frederica Malle'a, miałam wrażenie, że znajduję się w miejscu, które doskonale rozumiem, chociaż widzę je po raz pierwszy. Pamiętam charakterystyczną kabinę do testowania zapachów: minimalistyczne wnętrze, spokój. Nic nie odciągało uwagi od perfum. Pomyślałam wtedy, że to miejsce ma dokładnie tę samą filozofię, którą budowałyście w Galilu. Pamiętam też, jak stałam przy półce i wybierałam zapachy, które najbardziej mi się podobały. Podszedł do mnie konsultant i zapytał, dlaczego właśnie te. Pokazałam dwa flakony. Uśmiechnął się i powiedział: “Wybrała pani ojca i syna”. Nie miałam o tym pojęcia. Po prostu zaufałam nosowi.
Agnieszka: I właśnie takie historie budują relację z marką. Nie reklamy, nie kampanie, ale ludzie, spotkania i rozmowy.
Ania: Podobnie było ze zdobywaniem wielu innych marek, które później okazały się ogromnymi sukcesami, jak Diptyque, Byredo, czy Escentric Molecules. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie bez nich świat perfum. Ale wtedy były odważnym wyborem.
Agnieszka: Zwłaszcza Escentric Molecules. To była marka, której wiele osób po prostu nie rozumiało. Dwa zapachy. Minimalistyczny koncept. Żadnej klasycznej piramidy zapachowej. Pamiętam, że Galilu było jednym z pierwszych miejsc na świecie, do których zdecydowano się ją wprowadzić. To pokazuje, jak bardzo ufałyśmy własnej intuicji.
Ania: Do dzisiaj opowiadam na szkoleniach historię jednej z naszych klientek. Przyjeżdżała do Galilu z Łodzi. Któregoś dnia zatrzymał ją policjant. Opuściła szybę samochodu, a on, zamiast wypisać mandat, zapytał tylko: "Przepraszam... czym pani pachnie?" A ona odpowiedziała: "To kupuje się tylko w Galilu." Uwielbiam tę historię. Bo najlepiej pokazuje fenomen Escentric Molecules. To był zapach, który wywoływał rozmowy.

Agnieszka: Patrząc na ostatnie 20 lat, myślę, że miałyśmy ogromne szczęście. Wybierałyśmy marki, które z czasem stawały się światowymi bestsellerami, choć nigdy nie próbowałyśmy przewidywać trendów. Po prostu wybierałyśmy rzeczy, które nas same zachwycały. I chyba właśnie dzięki temu nasi klienci nauczyli się nam ufać. No i przede wszystkim miałyśmy ogromne szczęście do ludzi, którzy tworzyli z nami Galilu. Kiedy patrzę na ciebie dzisiaj, myślę o drodze, jaką przeszłaś. Przyszłaś do nas z zupełnie innego świata: garnitury, merchandising, studia prawnicze. Nie miałaś nic wspólnego z perfumami. Pamiętam cię z notatkami, z próbkami – testowałaś wszystko. Wracałaś z kolejnymi pytaniami. Wtedy zrozumiałam, że wiedza nie jest kwestią doświadczenia. Jest kwestią ciekawości.
Ania: Myślę, że po prostu po raz pierwszy robiłam coś, co naprawdę mnie fascynowało. Nigdy wcześniej nie miałam takiego poczucia. Ludzie często mówią, że całe życie szukają swojego miejsca. Ja znalazłam je właśnie w Galilu. To był jeden z najważniejszych momentów mojego życia. Dostałam szansę i dostałam też zaufanie.
Agnieszka: Przez wiele lat mówiłaś, że Galilu jest miejscem, w którym czujesz się bezpiecznie i możesz być sobą. Pamiętam cię biegającą po sklepie w jedwabnej koszuli i szpilkach. I klientów, którzy wchodzili tylko po to, żeby zapytać: "A jest ta pani z wielkimi oczami?" – to było piękne. Bo zbudowałaś z nimi własną relację. Wracali nie tylko do Galilu. Wracali również do ciebie.
Ania: Dla mnie najważniejsze było to, że mogłam poznawać ludzi. Każda rozmowa była inna. Każdy zapach otwierał zupełnie inną historię.
Agnieszka: I dlatego później tak trudno było “zabrać” cię ze sklepu. Wiedziałam, jak bardzo kochasz kontakt z klientem, ale jednocześnie widziałam, że masz jeszcze jedną niezwykłą umiejętność: potrafisz uczyć. Nie tylko przekazywać wiedzę. Potrafisz zarażać innych ludzi swoją pasją.
Ania: Długo się przed tym broniłam, ale z czasem zrozumiałam, że mogę robić dokładnie to samo, tylko inaczej. Dzisiaj uczę ludzi rozmawiać o perfumach. Patrzę, jak później sami budują relacje z klientami. Jak odnajdują własny język. I to daje mi ogromną satysfakcję. Bo mam poczucie, że przekazuję dalej wszystko to, co kiedyś sama dostałam.
Agnieszka: W pewnym sensie zamieniłyśmy się rolami. Kiedyś ja uczyłam ciebie. Dzisiaj ty uczysz kolejne osoby, które trafiają do Galilu. I chyba właśnie na tym polega dojrzewanie firmy. Nie na liczbie sklepów. Nie na metrach kwadratowych. Tylko na tym, że wiedza i wartości przechodzą dalej.
A kiedy myślisz o tych pierwszych chwilach Galilu dzisiaj... Za czym tęsknisz najbardziej?
Ania: Chyba za tempem. Za tym, że wszystko było trochę wolniejsze, mieliśmy więcej czasu na rozmowę. Klient często wpadał po prostu usiąść, a nie tylko kupić perfumy. Taką atmosferę wciąż odnajduję na Koszykowej. Dlatego tak lubię tam wracać. To dla mnie mały fragment dawnego Galilu.
Agnieszka: Myślę, że każdy z nas nosi w sobie odrobinę tej nostalgii. To naturalne. Ale jednocześnie nigdy nie miałam wątpliwości, że musimy się rozwijać. Nie dlatego, że chcemy być więksi. Dlatego, że świat się zmienia: zmieniają się ludzie, marki, oczekiwania. Naszą odpowiedzialnością jest rozwijać się razem z nimi. I jednocześnie nie zgubić tego, od czego wszystko się zaczęło.
Ania: I wydaje mi się, że właśnie to się udało. Mimo wielu zmian, nie zmieniło się to, co zawsze było najważniejsze: relacja z drugim człowiekiem. To ona sprawia, że ludzie wracają.
Agnieszka: Kiedy czasami słyszę, że Galilu nie jest już niszowe, uśmiecham się. Dla mnie nisza nigdy nie oznaczała małego sklepu ani konkretnego adresu. Nisza to sposób myślenia. Ciekawość. Uważność. Odwaga wybierania rzeczy nieoczywistych. I szacunek dla klienta. Jeżeli to się nie zmieniło, to znaczy, że wciąż jesteśmy tym samym Galilu.
Ania: Chyba dlatego po dwudziestu latach nadal czuję się tutaj jak w domu.
