Wrzesień pełen wrażeń. Sprawdź, co właśnie dołączyło do naszej oferty. Odkryj nowości...

Jedna próbka w prezencie do zamówień do 300 zł, trzy próbki powyżej tej kwoty*

Darmowa dostawa od 500 zł

Galilu
Koszyk
Zapach, który zmienił wszystko

Galilu Talks

Zapach, który zmienił wszystko

„Ten zapach” – ledwo wyczuwalny, a jednak niezapomniany. Molecule 01 zmienił reguły gry i zapoczątkował nową erę perfum. Geza Schoen, twórca najbardziej enigmatycznej kompozycji XXI wieku, opowiada nam o dziecięcej fascynacji próbkami, molekule, która pachnie jak obecność, i instynkcie, który kazał mu iść pod prąd – w stronę zapachu, który mówi więcej, gdy znika.

Tekst: Marta Rudowicz

Zdjęcia: Materiały prasowe

23 • 09 • 2026

Twoja przygoda ze światem zapachów zaczęła się od kolekcjonowania miniaturek męskich perfum w wieku 13 lat. Wciąż je zbierasz?

Nie, to już przeszłość. Zostawiłem sobie trzy flakoniki – Shiseido Tactics, Halston Z-14 i Etienne Aigner Silver. Mają po kilkanaście, nawet kilkadziesiąt lat. Udało mi się zdobyć je w oryginalnych miniflakonach. Stoją pod monitorem mojego komputera jak małe relikwie. Resztę – setki miniaturek – oddałem koleżance, która też je kolekcjonowała.

Dlaczego akurat te trzy?

Mam duży sentyment do tych zapachów, a dziś żaden z nich już nie istnieje. Halston, na przykład, był pierwszym zapachem w historii, w którym użyto ISO E Super – i to aż w stężeniu osiem procent.

Co sprawia, że trzynastolatek zaczyna kolekcjonować próbki zapachów?

Mój ojciec był nauczycielem plastyki. Wysyłał pocztówki do różnych firm z prośbą o próbki materiałów. I te firmy odpowiadały. Przychodziły kleje, drewno, plastik i inne dziwne rzeczy, które wykorzystywał w swojej pracy. Zazdrościłem mu trochę tych „prezentów”. Zauważyłem wtedy w magazynach kobiecych, że przy reklamach perfum są takie dziwne adresy – „Depot Düsseldorf” albo „Depot München” i pomyślałem: „Hej, lubię perfumy, spróbuję poprosić ich o próbki”. Pisałem pocztówki do różnych marek i choć trudno mi dziś w to uwierzyć, codziennie po szkole czekały na mnie dwie, trzy przesyłki. To było jak Boże Narodzenie każdego dnia.  Otwierałem paczki, a w środku znajdowały się próbki zapachów z różnych stron świata. Znaczek kosztował czterdzieści fenigów, więc nawet dziecko mogło sobie na to pozwolić. Kupowałem kilka kartek, wysyłałem i wchodziłem w świat zapachów niemal za darmo. W końcu miałem trzy półki zapełnione próbkami. Wracałem do domu i wąchałem. A kiedy robisz to codziennie od trzynastego roku życia – siłą rzeczy stajesz się ekspertem.

Kiedy ten dziecięcy zachwyt zamienił się w realne marzenie o zawodzie perfumiarza?

Miałem szesnaście lat, kiedy poznałem Dagmar Skopalik, córkę prezesa największej firmy perfumeryjnej w Niemczech – Haarmann & Reimer. To był zupełny przypadek: wakacje w Wiesbaden, ona mieszkała piętro wyżej u znajomego mojego ojca. Przyniosłem jej paczkę od listonosza, zaczęliśmy rozmawiać. Powiedziałem, że marzę, by zostać perfumiarzem. Uśmiechnęła się i powiedziała: „To ciekawe – jestem córką szefa Haarmann & Reimer”. Zamurowało mnie. Dała mi kontakt do firmy. Następnego dnia wsiadłem w pociąg i pojechałem do Holzminden. Oczywiście nie miałem umówionego spotkania, ale uparłem się, że chcę porozmawiać z jakimś perfumiarzem. Zapisali mnie… na pół roku później. Po maturze zaproponowali mi pracę. Czy można wymarzyć sobie lepszy początek?



Co cię pociągało w zawodzie perfumiarza?

Fascynowała mnie złożoność perfum. Chciałem zrozumieć, jak powstają, nauczyć się ich języka. Szybko zrozumiałem, że cała architektura zapachu sprowadza się do trzech poziomów: głowy, serca i bazy. Naszym zadaniem jako perfumiarzy było połączyć te elementy w spójną całość. Pamiętam, jak zapytałem mojego nauczyciela, pana Oakersa – człowieka, któremu wiele zawdzięczam – czy wyobraża sobie, żeby zapach składał się z jednej jedynej molekuły. Zareagował natychmiast: „Absolutnie nie”. Był oburzony, bo nikt wcześniej nie odważył się zakwestionować tego paradygmatu. Nikt nie wpadł na to, by wlać do flakonu jedną molekułę i nazwać to perfumami. Kiedy więc pojawiły się Escentric Molecules, reakcje były skrajne. Połowa środowiska zarzucała nam oszustwo. Ale dla mnie to był akt wyzwolenia – powrót do istoty zapachu, jego czystej esencji. I choć dojście do tego momentu zajęło mi lata, wiedziałem, że to jest właśnie mój głos.

Czy pamiętasz, co czułeś, kiedy po raz pierwszy powąchałeś cząsteczkę ISO E Super?

Nigdy tego nie zapomnę. ISO E Super to nie tylko zapach, to doświadczenie fizyczne. Wciągasz nosem i czujesz: „Tak. To jest to.” Ma w sobie coś narkotycznego, coś, co sprawia, że chcesz mieć ten zapach przy sobie cały czas.

Jakbyś nagle widział więcej? Czuł więcej?

Dokładnie tak. Tyle, że nie czujesz go przy każdym wdechu. ISO E Super ma efekt nasycenia – blokuje receptory zapachowe, więc wydaje się, że znika. Ale on tam jest. Po prostu twój nos przestaje go rejestrować. Dlatego wiele osób mówi: „Nie czuję go na sobie”. Ale po latach czują go już tylko inni – ci, którzy właśnie weszli z tobą do windy.

Czyli zapach przyzwyczaja nos właściciela, ale nie nosy otoczenia?

Dokładnie. To paradoks: sam przestajesz go czuć, ale inni wyłapują go bardzo wyraźnie. Jeśli jesteś jedyną osobą z Molecule 01 w pomieszczeniu – jesteś zauważalny. To zapach, który zostawia ślad. Podobnie działa Baccarat Rouge, który powstał w 2014 roku. Tam również chodzi o kilka starannie dobranych syntetycznych składników. Ich wspólna cecha? Trwałość i działanie na zmysły. To zaledwie pięć molekuł – wśród nich aż 30% ISO E Super. Czasem mniej naprawdę znaczy więcej i całkowicie wystarczy, by stworzyć legendę.

Co właściwie czujemy, kiedy wąchamy ISO E Super?

Delikatny i subtelny zapach. Ale najciekawsze jest to, jak działa na nasze zmysły. Dziś już wiemy, że ta molekuła stymuluje jeden z niewielu receptorów feromonowych, jakie nam pozostały. Kiedyś mieliśmy ich znacznie więcej, ale w drodze ewolucji zaczęły zanikać. Dla porównania, mysz ma ich ponad dwieście, bo wciąż komunikuje się zapachem. My jako gatunek poszliśmy inną drogą, ale te receptory wciąż są w nas, choć uśpione. I właśnie do nich trafia ISO E Super.

W przemyśle perfumeryjnym ISO E Super był raczej dodatkiem do nadawania kompozycji zmysłowości, prawda?

Właściwie traktowano go jako nowoczesną, syntetyczną nutę drzewną. Używano go zamiast paczuli, wetywerii czy cedru, żeby nadać zapachowi bardziej współczesne brzmienie. I trzeba przyznać: odegrał ogromną rolę w historii perfum. Fahrenheit zawierał 25% ISO E Super, Trésor – 20%, a Féminité du Bois aż 40%. Były też kompozycje oparte niemal wyłącznie na tej molekule – jak wspomniany wcześniej Halston, który miał jej 8%. To już wtedy było odważne posunięcie. Ale tak bywa z każdą nową molekułą, na początku stosuje się ją w wysokich stężeniach. Jeśli rynek reaguje dobrze, jeśli ludzie nie tylko się jej nie boją, ale wręcz ją kochają – zostaje. ISO E Super powstał w 1973 roku w laboratoriach IFF. Do dziś nie znaleziono jego odpowiednika w naturze. Choć… miałem raz dziwną historię.

Opowiedz.

To było w Argentynie, połowa lat 90. Pojechałem nad wodospady Iguazú. Zobaczyłem tam drzewo – Igu de la India, wyglądało jak dzika figa. Zerwałem owoc, wróciłem do hotelu. Miałem pustą butelkę po Coca-Coli. Wlałem wodę, wrzuciłem owoc i wyszedłem. Kiedy wróciłem kilka godzin później, pokój pachniał ISO E Super. Do dziś to dla mnie zagadka.

Kiedy pomyślałeś: „Dobra, robimy Molecule 01!”?

Wrzesień albo październik 1990 roku. Pracowałem wtedy w Haarmann & Reimer. Dopiero zaczynałem, poznawałem składniki, eksperymentowałem. Dałem znajomemu próbkę ISO E Super i poszliśmy razem do baru. I nagle… coś się wydarzyło. Ludzie zaczęli się odwracać. Pytali: „Co to za zapach?”, „Kto tak pachnie?”. Mój znajomy był zaskoczony, ja jeszcze bardziej. To była tylko jedna molekuła, a działała jak magnes. Wtedy właśnie zrozumiałem: ta jedna molekuła wystarczy. Ale od tej pierwszej myśli do realizacji minęło piętnaście lat. Obserwowałem rynek, dojrzewałem do decyzji, czekałem na moment, w którym świat będzie gotowy. Pomysł narodził się w 1990 roku, ale ziścił się dopiero w 2005. Nawet wtedy to był skok w nieznane, coś zupełnie nowego.



Uwielbiam ten zapach. Noszę go, od kiedy pojawił się w 2006 roku w Galilu. Zakochałam się w nim, choć przyznam, że na początku był dziwny i niezrozumiały.

Wiele osób miało podobną reakcję. Bo Molecule 01 był zapachem całkowicie pod prąd.
Pamiętam, jak w latach 90. poszedłem z tym projektem do Diesla – marki, która w tamtym czasie lubiła łamać schematy. Ale nawet tam usłyszałem: „To za dużo. Nawet dla nas”.
Musiałem poczekać, aż pojawi się przestrzeń, która pomieści to, co inne. Ta przestrzeń nadeszła dopiero z początkiem 2000 roku, kiedy swoją markę wprowadził Frédéric Malle, pojawiły się miejsca takie jakie Galilu. Wcześniej nisza właściwie nie istniała. Pamiętam spotkanie w Harvey Nichols – przyszliśmy z Molecule 01 do kupczyni, do której dostaliśmy się przez znajomego. Powąchała zapach, popsikała nadgarstki, spojrzała na nas i rzuciła od niechcenia: „Bądźmy w kontakcie”. Następnego dnia zadzwoniła i sama poprosiła nas o spotkanie. Kiedy po naszym spotkaniu wsiadła do taksówki, kierowca oszalał – zasypywał ją pytaniami: „Co to za zapach?”, „Czym pani pachnie?”. Była w szoku, bo sama nic nie czuła. To był ten moment. Ludzie z otwartymi głowami zaczęli w nas wierzyć. Rodziła się nisza.

W jakim kierunku teraz twoim zdaniem zmierza świat zapachów?

Na pewno nie znikną mocne, duszne zapachy. Zostaną z nami na zawsze, bo są ludzie, którzy zawsze będą chcieli być bardziej „wyczuwalni”. Ale coraz częściej mam wrażenie, że wszystko, co związane z perfumami – reklama, strategia, sprzedaż, a przede wszystkim cena, jest całkowicie oderwane od tego, co faktycznie znajduje się we flakonie. Jedno nie ma wiele wspólnego z drugim. Marketing stał się ważniejszy niż zawartość. Stwarza się wrażenie obcowania z czymś wyjątkowym. To dziś standardowa praktyka – zamieszanie. Końcowy efekt? Złudzenie luksusu. Zmienia się też samo pojęcie niszy. Dziś to już coraz rzadziej alternatywa. Wielkie marki kopiują to, co stworzyły marki niezależne. Każdy ma dziś swoją „artystyczną linię”. Te kolekcje to już nie hołd dla oryginalności, tylko kalkulacja biznesowa.

Jest jakiś współczesny i złożony zapach, który podziwiasz?

Chyba najbardziej Estée Lauder Aliage. Przełomowy zapach z lat 60. – zwierzęcy, świeży, korzenny, kwiatowy. Miał wszystko. W USA reklamowany był jako „zapach sportowy”, choć wcale taki nie był. Ciężki, ziołowy (tymianek, bazylia) i bardzo złożony. Kiedyś pracowałem nad jego odtworzeniem w trakcie szkolenia. Chciałem zrozumieć, co w nim było. I do dziś czuję go w nozdrzach.

A pamiętasz zapach, który zostawił ci ślad w sercu, nie tylko na skórze?

To była raczej sytuacja. Wieczór w perfumerii we Włoszech. Kobieta powąchała M + Iris i rozpłakała się na miejscu. Powiedziała, że całe życie marzyła, by tak pachnieć i nigdy nie mogła tego znaleźć. To mnie naprawdę poruszyło. Stałem wtedy przed perfumerią i sam miałem łzy w oczach.

Jakiego zapachu najbardziej nie znosi twój nos?

Kolendry. Zniosę odrobinę w tajskim jedzeniu, gdzie jest intensywne chili, limonka i czosnek. Ale jak ktoś wysypie pół kilo kolendry na sałatkę z pomidora i ogórka – nie mogę tego znieść.

Nos wie więcej niż oczy?

Zdecydowanie. Węch to najbardziej emocjonalny z naszych zmysłów. Problem w tym, że dziś funkcjonujemy głównie za pomocą wzroku. Cały dzień patrzymy na telefon, komputer, telewizor. Wszystko jest wizualne. Przetrwanie oparte na obrazie. A przecież jeszcze dwieście lat temu ludzie musieli ufać swojemu nosowi. Matka rozpoznawała po zapachu czy jedzenie jest świeże. Czuła, czy w pobliżu czai się zagrożenie. Wiedziała, które owoce nadają się do zjedzenia, a które są jeszcze niedojrzałe. Nos decydował o przeżyciu. Dziś nie musimy już tego robić. A co gorsza nawet nie chcemy. W jednym z badań przeprowadzonych w Wielkiej Brytanii zapytano osoby w wieku 15–25 lat, czy oddałyby zmysł węchu w zamian za smartfona. Połowa odpowiedziała: „Oczywiście”. I to jest przerażające. Bo jeśli tak naprawdę myślimy, to oznacza koniec naszej relacji ze światem. Koniec naszej relacji z samym sobą.

Gdybyś nie był perfumiarzem, kim byś był?

Na pewno poszedłbym w stronę wzornictwa przemysłowego. Mój ojciec był nauczycielem plastyki, a ja dorastałem w Kassel – mieście sztuki współczesnej. Od dziecka robiłem biżuterię, nadruki na koszulkach. Zawsze szukałem formy, która przełamuje schemat. Dlatego wzornictwo wydawało mi się naturalną drogą. Ale nie poszedłem tą ścieżką, bo usłyszałem od Haarmann & Reimer: „Nie studiuj chemii – przyjdź do nas”. I tak zrobiłem.




Czym dzisiaj pachniesz?

Wodą kolońską, którą komponuję sobie zawsze sam na lato.

A nosisz Molecule 01?

Nie. Nigdy. Szczerze mówiąc nigdy ich nie nosiłem.

Nigdy?
Nigdy. Choć… to zabawne. Moja żona – zanim jeszcze się poznaliśmy – nosiła Molecule 01.

Czytaj więcej